Tatrzański Drapieżnik
A teraz coś z zupełnie innej beczki Sport

Tatrzański Drapieżnik

W połowie sierpnia, w słowackich Tatrach odbywa się bieg górski Tatranska Šelma Ultra, który trudno porównać do innych tego typu biegów. Podobno, šelma oznacza drapieżnika, co potwierdza symbol biegu – pantera na tle góry. Jeżeli tak jest w rzeczywistości to organizatorzy trafili z nazwą i symbolem w dziesiątkę. Pantera to przecież drapieżny kot a wszyscy wiedzą co koty robią ze złapaną zdobyczą zanim ją skonsumują.

To samo Tatranska Šelma robi z biegaczami, którzy mają odwagę rzucić jej wyzwanie. Najpierw bawi się z nimi dając nadzieję na ucieczkę, potem pozbawia wszelkich złudzeń a na końcu znęca się niczym potwór z horrorów.

51 km w górach robi wrażenie, ale są dłuższe biegi, więc trzeba dorzucić ponad 3000 m różnicy przewyższeń, wielokilometrowe podbiegi i robi się ciekawiej. Za mało? To może dorzucić trasę biegnącą powyżej 2000 m n.p.m. i jakieś “zbiegi” wymagające asekuracji na łańcuchach. Tak, moim zdaniem, rozważali organizatorzy planując trasę biegu. Całość dopełnili limitami czasu na punktach kontrolnych wymagającymi maksymalnej mobilizacji i powodującymi prawdziwą czystkę wśród i tak zaawansowanych biegaczy. Na 200 startujących ok.  ¼ nie kończy biegu, czego organizatorzy pilnują , co roku zaostrzając wymagania czasowe, gdyby okazało się, że šelma jest zbyt łaskawa.

W tym roku mnie też drapieżnik złapał w swoje szpony. Zdjęcia z galerii biegu i relacje uczestników spowodowały, że straciłem czujność i dałem się sprowokować do nierównej  walki.

Początek biegu to ok. 13 km trasy, która wznosi się i opada pozwalając na rozkoszowanie się widokami słowackich Tatr. Radość przygody połączona z pewnością siebie niczym nie przypomina  nadciągającego bólu i cierpienia. Drapieżnik bawi się myszką. Nie wbija jeszcze szponów, nie zaciska chwytu na gardle. Limit – jaki limit? Byłem pewien, że wyznaczone limity czasowe mnie nie dotyczą. Nawet pierwsze kroki w podejściu od Popradskiego Pleso nie wzbudziły we mnie niepokoju. Nie patrząc w górę pomyślałem – stromo. Kamienie, nierzadko  wielkości stołu, stanowiły coś w rodzaju schodów a trasa wiła się pod górę jakby ktoś próbował wytyczyć najdłuższy z możliwych odcinków. Nie wiem ile razy skręcałem w lewo, nie pamiętam ile razy w prawo. Może to było 50 a może 150 razy? Pamiętam ból mięśni dwugłowych i myśl – niech się to wreszcie skończy. Zacząłem odczuwać pierwsze rany zadane przez šelmę.

Niestety zdobycie góry nie przyniosło ulgi. Byłem powyżej 2000 m n.p.m. Rzut oka na zegarek i już wiedziałem, że zabawa się skończyła. Czasu, do punktu pomiaru było na tyle mało, że zamiast leczyć rany trzeba było biec bez chwili zwłoki.  Ktoś powie, że teraz z górki i jest łatwiej. To tylko šelma rozluźniła uścisk, aby dłużej bawić się z nieszczęśnikami. Zbiegając po kamieniach rzadko udało mi się postawić choć połowę stopy na gruncie. Prawie nigdy powierzchnia nie była płaska i pozioma.  Stawy skokowe wołały – dość. Czas uciekał niczym woda z dziurawego wiadra. Siły niestety też ubywały w tempie wcześniej nieplanowanym. Pierwszy punkt pomiaru czasu dopadłem co prawda z lekkim zapasem do  limitu, ale nie byłem szczęśliwy. Nie miałem czasu na posiłek. Napełniłem bidony, ćwiartka pomarańczy i w drogę. Wiedziałem, że muszę przyśpieszyć i że do 29 km nie będzie mowy o odpoczynku a nawet jakimkolwiek spowolnieniu.

Nogi po 25 km w górach są niezdarne jakby bieg był dla nich nową umiejętnością zdobytą przed chwilą. Nic dziwnego, że na ścieżce usłanej korzeniami i luźnymi kamieniami szybko okazało się, że slalom w sprincie, połączony z trójskokiem, to zadanie przerastające moje możliwości. Nagle, coś  uderzyło mnie w twarz, coś innego w obojczyk a przenikliwy ból przeszył udo. To šelma podcięła mi nogi  i walnęła z całej siły łapą z kamieni i korzeni. Teraz wiem, że bawiła się ze mną odbierając nadzieję. Upadek na biegu górskim, rzecz ludzka, ale tym razem  bałem się ruszyć. Všetko dobré?, Pane, všetko dobré?– słyszałem jakby zza ściany. Chciałem odpowiedzieć ale nie byłem pewny czy moja szczęka wciąż tkwi w zawiasach. Obojczyk urósł do rozmiaru dużego ogórka a w udzie tkwił korzeń.

Punkt kontrolny na 29 km dopadłem podpierając się kijkiem przypominającym bardziej klucz wiolinowy niż sprzęt trekkingowy. Miałem ledwo kilka minut zapasu. Chyba nie wyglądałem dobrze a może sanitariusz się nudził bo dopadł mnie z determinacją godną medalu za ofiarność i odwagę. Próbowałem protestować, bałem się, że jak moje rany nie będą widoczne to nie będę mógł się wytłumaczyć z ewentualnej porażki. Ale on się uparł i musiałem za wszelką cenę ukończyć bieg w limicie.

Biegowe powiedzenia mówią, że maraton zaczyna się po 30 km i że maraton biegnie się głową. W tym biegu 30 kilometr ma szczególne znaczenie. Też czuje się, że dopiero teraz wszystko się rozstrzygnie a wcześniejsze bieganie to tylko rozgrzewka. W zasadzie tak, ale z małym wyjątkiem, niczym z radia Erewań – samą głową nie da się wbiec 8 km non stop w górę, osiągając ponownie prawie 2000 m n.p.m. trzeba do tego włączyć jeszcze nogi. Najpierw myślałem, że to niemożliwe, aby człowiek wyczerpany w niewyobrażalnym dla mnie stopniu nadal się poruszał. Potem, gdy myślenie było już niepotrzebną stratą energii, starałam się skupić  na bólu. Podobno, według starych wyjadaczy górskich i ultra,  to pomaga, bo jak boli to żyjesz i zmęczenie schodzi na dalszy plan. Teraz wiem, że jak wydaje mi się, że umieram to jeszcze mam kupę energii. Mózg pozwalał sobie na fantazjowanie więc “szastał” zasobami energetycznymi próbując  zniechęcić mnie do kontynuowania biegu.  Šelma przestała się mną bawić i zaczęła znęcać. Żarty się skończyły a jedynym ratunkiem było zbierać jej razy i liczyć, że wszystko to przetrzymam.

Myślę, że w biegu górskim ultra najpiękniejszym widokiem ze szczytu jest niebo. Byłem na kolejnym szczycie- powyżej nie było już nic. Żadnego, podejścia, podbiegu i kolejnego wierzchołka- po prostu cudowne niebo.

Gdy ruszałem w dół do Chaty przy zielonym stawie czułem jak siły wracają na nowo. To niewiarygodne zjawisko bardzo często towarzyszy biegaczom ultra. Ja też wiedziałem, że gdy przetrwa się kryzys, energia wraca (czasem). Pamiętam, że doświadczyłem tego w Supermaratonie Gór Stołowych. Na 30 km nie byłem w stanie biec a na 54 km wbiegałem na Szczeliniec Wielki po 665 schodach. Teraz zostało niespełna kilkanaście kilometrów a ja nie tylko wytrzymywałem ataki šelmy ale potrafiłem także unikać razów. Zbieg przypominał czasami jazdę rowerem bez trzymanki a czasami zabawę na polu minowym. Częściej wyglądało to jak skoki w dół, gdy nachylenie podłoża przekraczało 45 %.  Mięśnie czworogłowe o dziwo wytrzymywały i tylko nim zawdzięczam całe kości.

Przy zielonym stawie czekało niecierpliwie kolejne wzniesienie. Drapieżnik szykował się do ostatecznego ataku. Czy 4 km to dużo? Ależ skąd – ktoś by pomyślał- jak się ma w nogach 40 km to przecież ledwie rzut kamieniem. I ma rację. Tylko to przypomina lot z ostatnich  4 m przy skoku z 40 metrowej wysokości. Analogia to nie tylko czwórki. I w jednym i w drugim przypadku odwrotu nie ma. Czy można zrezygnować po 40 km? W tamtym momencie już nie wierzyłem, że dotrę o czasie. Myślałem, że šelma wygra a ja skończę jak ¼ zawodników. Ale pomimo, iż wydawało mi się, że wcześniej zastanie mnie tu zima niż osiągnę wierzchołek trasy to nagle szlak skręcił w dół. Przede mną zostało ok. 6 km do mety i kilkadziesiąt minut walki z protestującymi mięśniami ud.

Gdy analizuję bieg przez ostatnie 3 km to właściwie nie wiem, czy moja mobilizacja wynikała z permanentnego niedotlenienia mózgu czy zadziwiających procesów przystosowawczych pozwalających, w chwilach krytycznych, na  celowe wprowadzanie się w stan innej świadomości. Nie wiem dlaczego, ale byłem pewien, że limit czasu się kończy i pokonanie ostatnich 3 km  w czasie 7 min. nie jest możliwe. Nagle zobaczyłem moją żonę, która czekała, aby mi dopingować. Krzyknęła: “szybko, zostało ostatnie 600 m” . I choć wszystkie znaki na niebie i na ręku wskazywały, że to niemożliwe, to hasło było jak podanie brzytwy tonącemu. Po 48 km i prawie 10 godzinach spędzonych w górach z plecakiem na grzbiecie biegłem jakbym chciał pobić swój rekord na 10 km. To nic, że 600 m minęło i nie widziałem mety, przecież miałem siłę. Nie mogłem odpuścić. Šelma rozpaczliwie próbowała mnie złapać podrzucając pod nogi wielkie kałuże, błoto lub poluzowane kamienie, wszystko na próżno,  uciekłem jej.

Na mecie dowiedziałem się, że limit był o 30 min. dłuższy niż przypuszczałem a ja byłem najstarszym z uczestników. Cóż przyjemnie dowiedzieć się, że było się lepszym od kilkudziesięciu “małolatów” ale największą radość przynosi świadomość pokonania największego mocarza na trasie-  samego siebie.Tatrzański Drapieżnik

 

Krzysztof Maciejewicz

Polub nas i obserwuj:
Redakcja
Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna. Cyprian Kamil Norwid
https://bialskieforum.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.