Krzysztof Maciejewicz biega
Sport Terespol

Krzysztof Maciejewicz biega

Grecy podobno twierdzą, że na świecie jest wiele biegów o długości 42 km 195 m ale maraton jest tylko jeden. Dla wielu, prymat o palmę pierwszeństwa wśród biegów maratońskich jest sprawą drugorzędną i liczy się wyłącznie sam bieg oraz zmaganie się z własnymi słabościami. Inni “kolekcjonują” sławne maratony i sam udział w słynnej imprezie jest powodem do dumy. Ja myślę, że choć w opisach  “AthensMarathon. The Authentic” (oryginalna nazwa maratonu) jest wiele z zabiegów marketingowych, to magia tego biegu jest niepowtarzalna.

Maraton w Atenach był moim pierwszym maratonem zagranicznym i nie został wybrany przez przypadek. Nie chcę powiedzieć, że chciałem poczuć się jak legendarny Filippides, bo on nie miał na sobie sportowych butów z amortyzacją a po drodze nie czekały na niego punkty nawadniania i odżywiania, ale start w tym samym miejscu gdzie  przed 2500 lat wszystko się zaczęło, był jak powrót do źródeł. Miałem nadzieję, że nie tylko nie padnę martwy na mecie, ale nabiorę wewnętrznej siły do biegania, z której będę korzystał przez kolejne lata. Teraz jestem pewny, że to był właściwy wybór i euforia jaka udzieliła się mi i pozostałym 15 300 zawodnikom będzie towarzyszyła mi jeszcze przez wiele startów.

Grecy wiedzą jednak, że magia jest ulotna więc przygotowali organizacyjnie bieg wręcz perfekcyjnie. Już od godz. 6.00 na biegaczy czekały w Atenach dziesiątki autokarów gotowych zawieźć ich do Marathonu, gdzie miał odbyć się start. Nie wiem jak to zrobiono, ale praktycznie w ciągu godziny z 6 różnych punktów odbioru przewieziono kilkanaście tysięcy ludzi do miejsca startu tuż przy stadionie w Marathonie.

Podzieleni na kilkanaście sektorów biegacze ruszali sekwencyjnie co dodatkowo usprawniło płynne przebiegnięcie maratończyków przez wąskie uliczki Marathonu. Aplauz tłumu kibiców, świadomość miejsca i udziału w biegu wraz z biegaczami z całego świata  spowodowały, że pierwszych kilka kilometrów właściwie nie biegłem ale w cudowny sposób unosiłem się z falą tłumów. Dzieci wręczające startującym gałązki oliwne dodatkowo tą atmosferę potęgowały. Euforia minęła jednak około dziesiątego kilometra, gdy wraz z pozostałymi dobiegłem do rejonu Grecji, który jeszcze niedawno objęty był pożarami. Organizatorzy tegorocznej edycji maratonu dyskutowali, czy nie odwołać biegu ze względu na przygnębiającą atmosferę i ewentualne protesty mieszkańców. Ostatecznie z tego zrezygnowano, co według mnie było słuszne. Na znak solidarności z mieszkańcami wszyscy biegacze otrzymali zielone opaski  co miało symbolizować zieleń, która wróci w te rejony.  I rzeczywiście, obraz spalonej ziemi, ziejących pustką osmolonych okien i zwęglonych  dachów przypominał krajobraz z horrorów. Kibice ubrani byli na czarno a dzieci trzymały transparenty przedstawiające w połowie kwitnące ogrody i błękitno białe domy a w drugiej połowie wydrapane na czarnym tle szkielety domów i drzew. Niesamowite. Pomimo przeciwności losu ci ludzie cieszyli się jakby to było ich święto a bieg był właśnie dla nich. A może tak właśnie było? Zielone opaski na rękach i głowach biegaczy, raz unoszone do góry w geście solidarności dodawały siły wszystkim. W tym momencie cały świat, który reprezentowali biegacze ze stu kilkudziesięciu krajów był razem z nimi.

Temperatura rosła nie tylko za sprawą atmosfery. Pogoda też miała coś do powiedzenia. Na wyświetlaczu termometru przy drodze, zobaczyłem 26℃ w cieniu. Na niebie był jednak czysty błękit, niewielki drzewa oliwne przy trasie nie dawały żadnego cienia, więc słońce robiło co chciało. Nie próbowałem nawet myśleć jaka była temperatura odczuwalna. Wodę rozmieszczono na całej trasie co 2,5 km więc nikt nie musiał martwić się o jej dostatek. Łyk wody i resztę wylewałem na głowę. Wzrost temperatury nie był jedynym problemem biegu z Marathon do Aten.  Od 10 km do ok. 32 km trasa praktycznie biegła ciągle  pod górę. Momentami wydawało mi się, że kolejne strome wzniesienie przede mną jest nie do pokonania. Na szczęście piękne widoki rekompensowały wysiłek. Im wyżej się wspinałem tym lepiej było widać Morze Egejskie, znad którego, od czasu do czasu, powiewał chłodny wiatr.

Co chwila spotykałem Polaków. Można ich było rozpoznać głównie po biało-czerwonych koszulkach, ale także po wiwatujących gestach, gdy słyszeli z głośników przy drodze polskie przeboje disco-polo mające ich zagrzewać do walki. Pozdrawialiśmy się i wzajemnie mobilizowaliśmy. W biegu wystartowało ok. 300 Polaków.

To był mój 3 maraton w ciągu 40 dni. Od początku założyłem, że start w takim miejscu musi być przede wszystkim przyjemnością, więc moje tempo nie było wymagające. Jednak po 30 km biegu, w tym prawie 20 km  pod górę, nie wspominając o temperaturze, zacząłem odczuwać poważne zmęczenie. Na szczęście końcowe kilometry wspinaczki przebiegały już na przedmieściach Aten. Tłum kibiców gęstniał z kilometra na kilometr. Wybiegaliśmy dwupasmową drogą szybkiego ruchu, która była całkowicie zarezerwowana na potrzeby maratonu, oba pasy w jedna stronę – dla biegaczy, a pasy po przeciwnej stronie – dla służb i kibiców. Cóż takie rzeczy tylko w Atenach.

Gdy trasa zaczęła prowadzić w dół szpaler wiwatujących kibiców przypominał mur. Okrzykom i dopingowi nie było końca. Nawet nie zauważyłem, że przyspieszyłem. Jeszcze niedawno mozolnie wspinałem się pod górę a w głowie kłębiły się myśli “aby dać radę do końca” a teraz  czułem się podobnie jak na starcie. Euforia stłumiła ból i zmęczenie, wydawało mi się, że mógłbym tak biec bez końca. Nie patrzyłem na kilometry, o tym, że zbliżam się do mety można się było zorientować po ilości kibiców i coraz głośniejszych okrzykach tłumu. W pewnym momencie odgłosy były już tak głośne, że nie słyszałem własnego oddechu. Szpaler ludzi zwęził się, niemalże ocierałem się o  kibicujących ludzi i nagle wbiegłem na pomost a za nim mogłem tylko upajać się widokiem.

Wbiegłem na prostą bieżnię Stadionu Panateńskiego. Zrekonstruowanej starożytnej budowli. Na marmurowych trybunach wiwatujący tłum a przede mną 100 m chwały. Dla tych 100 m warto było biec 42 km, warto biegać w ogóle. Z jednej strony chciałem przyśpieszać na widok mety, a z drugiej strony chciałem aby ten moment jeszcze się nie skończył. Metę przekroczyłem z przyjacielem. W geście tryumfu podnieśliśmy ręce do góry. Razem przylecieliśmy z Polski,  razem wystartowaliśmy i razem kończymy.

Ktoś powiesił mi medal na szyi, ktoś inny pogratulował. Choć marzyłem o tym medalu nie miałem czasu na niego spojrzeć, wokół  wciąż tyle się działo. Kiedy wreszcie zdjąłem czapkę aby po raz ostatni obetrzeć pot z czoła coś delikatnie musnęło mnie po szyi. Sięgnąłem  ręką i ostrożnie wziąłem gałązkę oliwną, tą samą którą przed 42 km i 4 godzinami dostałem od dziecka w Marathonie.

Cóż, wszystko co piękne kiedyś się kończy. Ale jeszcze nie tego dnia. Gdy wyszedłem ze stadionu, wprost przede mną, majestatycznie na górze, stał Akropol. Szybko policzyłem: pół godziny na powrót do mieszkania, pół godziny na prysznic i przebranie się,  godzinę na obiad i odpoczynek. Po dwóch godzinach zwiedzałem Ateny. Dla tych widoków warto przebiec maraton.

Tekst: Krzysztof Maciejewicz

Polub nas i obserwuj:
Redakcja
Nie bierzemy jeńców!!!
http://bialskieforum.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.